www.analizatorium.fora.pl
Strefa analizatorska
Obecny czas to Pon 16:44, 25 Wrz 2017

O królewnie i złym czarnoksiężniku (antybaśń)

 
Odpowiedz do tematu    Forum www.analizatorium.fora.pl Strona Główna -> Kącik twórczości własnej
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  

Autor Wiadomość
Serpentis Sempre




Dołączył: 21 Gru 2008
Posty: 483
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Wieży Błaznów


PostWysłany: Pon 19:31, 18 Maj 2009    Temat postu: O królewnie i złym czarnoksiężniku (antybaśń)

Coś słabo, oj słabo się ten dział rozwija...




Dawno, dawno temu, w pięknej, dalekiej krainie sprawował rządy mądry i sprawiedliwy król. Chyba jedyną istotą, którą poddani kochali bardziej od swego władcy była jego jedyna córka, królewna o wspaniałych, sięgających ziemi złotych warkoczach i fiołkowych oczach, głębokich jak jeziora pełne myśli.
Toteż gdy pewnego dnia na dworze króla pojawił się w obłokach dymu okrutny czarnoksiężnik, gdy porwał królewnę i uwięził w swym ponurym zamczysku, całe królestwo pogrążyło się w żałobie...


***

Sylwetka najwyższej wieży odcinała się czarno na tle nieba, rozżarzonego blaskiem zachodzącego słońca...
- Jak śmiesz! Jak śmiesz... Ty łajdaku! Nikczemniku! Potworze! - wrzeszczała następczyni tronu, kontrapunktując każdy wykrzyknik głośnym tupnięciem. Ponieważ jak dotąd nic nie wskazywało na to, by miała stać się jej jakaś krzywda, królewna uznała, że może sobie pozwolić na okazanie gniewu. Tym większego, że jej porywacz przez całą drogę do wieży nie odezwał się do niej ani słowem. Teraz stał też w progu komnaty, wsparty na hebanowej lasce, otulony czarną jak kir peleryną, chudy i milczący. Przypominał szkielet, na którego czaszce została resztka smoliście czarnych włosów - z tą może różnicą, że szkielet nie byłby w stanie milczeć z politowaniem, co mag właśnie robił.
- Nawet nie starcza ci odwagi, by do mnie przemówić! Tchórzu! Draniu! - królewna nabrała gwałtownie tchu, szykując się do wytoczenia ciężkiej artylerii - Rozkazuję ci mnie wypuścić, a może wtedy mój ojciec...
- Twój ojciec nie ma już żadnego znaczenia - przerwał czarnoksiężnik. Głos miał zaskakująco przyjemny.
Więźniarka osłupiała, porażona tak niezwykłą bezczelnością. Zdawało się, że z jej oczu za chwilę strzelą fiołkowe błyskawice.
- Czy ty wiesz, łotrze, kim jest mój ojciec!?
- Zamieniam się w słuch.
- Jest władcą tej krainy, wielbionym przez poddanych! Wystarczy jedno jego skinienie, a zjawią się tutaj, zrównają twoją kryjówkę z ziemią, ciebie zaś...
- Nie zjawią się.
- Co proszę!?
- Oni już odegrali swoją rolę w tej historii. Kurtyna opadła, rozdział się zamknął. Pojmujesz?
- Nie - odparła, starannie maskując zakłopotanie wyniosłym tonem.
Czarnoksiężnik uniósł wzrok ku kamiennemu sklepieniu.
- Legendo, Legendo! - odezwał się z wyrzutem - Dlaczego obdarzając królewny pięknem, zawsze zapominasz o przydaniu im odrobiny rozumu? Zamknij na chwilę swych ust korale - dodał, widząc rumieniec oburzenia na delikatnej twarzy królewny - i skup się. Spieszę z wyjaśnieniem. Nie porwałem cię dla złota czy twoich pięknych oczu. Świeżych trupów mi nie trzeba, nawet, jeśli w ich żyłach płynie błękitna krew. Zadałem sobie trud uprowadzenia cię tylko dlatego, że jestem czarnoksiężnikiem, uosobieniem brzydoty, a ty jesteś królewną, uosobieniem piękna. Bestia porywa Piękną, czy tego chce, czy nie. To jest Legenda. Widzimisię, twoje czy moje, nie ma dla Niej żadnego znaczenia.
Królewna cofnęła się gwałtownie, z wrażenia następując na pieniste falbany swej sukni. Od początku była pewna, że ma do czynienia z łotrem, w dodatku łotrem szkaradnym i pozbawionym choćby odrobiny romantyzmu. Teraz wiedziała, że ma do czynienia z łotrowskim, szkaradnym i pozbawionym krztyny romantyzmu...
- Szaleniec! - pisnęła cienko, przylegając plecami do kamiennej ściany.
- Idiotka. Nadal nie rozumiesz, prawda?
- Nie waż się...
- Czy zdarzało ci się oglądać występy lalkarzy?
W tym momencie królewna doszła do wniosku, że została pokonana. W całym królestwie nie było człowieka, który nadążyłby za myślami jej porywacza.
- Owszem - przyznała, osuwając się na parapet ostro zwieńczonego okna. - Ale co to ma do rzeczy?
- To, że my mamy sznurki u ramion, a Legenda za te sznurki pociąga. Dlatego tu jesteś, dlatego stąd wyjedziesz, dlatego muszę cię gościć, Królewno o Złotych Warkoczach.
- Więc jednak wyjadę? - powtórzyła, starając się naprowadzić rozmowę na bliższe sobie tory - A nie mógłbyś mnie wypuścić już teraz, oszczędzając sobie kłopotów?
- Nie powiedziałem, że cię wypuszczę. Nie, gdy nadejdzie twój wybawca, będę utrudniał mu zadanie, jak tylko się da. Ogniste kule, demony wypuszczane z butli i pierścieni... Cóż to będzie za widowisko! Aż szkoda, że takie bezużyteczne.
- Oczywiście, że będzie bezużyteczne - królewna wygładziła na sobie suknię, wyprostowała się z godnością - Mój ojciec ma pod sobą najlepszych magów, sam zaś potrafi robić z mieczem prawdziwe cuda!
- Jak na przykład?
- Na przykład bardzo dobrze... - dziewczyna dokonała czegoś, co potrafi tylko osoba królewskiej krwi: zająknęła się, nie tracąc wyniosłej miny - Potrafi wspaniale... Och, po ci to wiedzieć? Zobaczysz, gdy zjawi się tutaj i...
- A ty znów swoje. Nie zjawi się tutaj.
- Sam mówiłeś...
- O twoim wybawcy, nie ojcu. Ojca, nawet gdyby miał tu jeszcze jakąś rolę, nie mogłabyś poślubić.
- Poślubić! - powtórzyła gniewnie - Proszę! Cóż za dalekosiężne plany! Może jeszcze wyznaczysz mi liczbę potomków?
- Jedna córka.
- Słucham!?
- Takie jak ty, Królewno o Złotych Warkoczach, zawsze mają po jednej, pięknej córce, którą zresztą rychło osieracają. No, no, proszę zamknąć usta, bardzo niegodnie to wygląda... Jeśli cię to pocieszy: może się okazać, że wcale nie będziesz już potrzebna, więc, siłą rzeczy, nie będzie też potrzebna twoja śmierć. Pomyśl, że nie wszyscy mają tyle szczęścia.
Powoli zaczęła rozumieć.
- A więc ty, czarnoksiężniku...
- Zgadza się - czarnoksiężnik skłonił się ironicznie - Kurtyna w górę!
Królewna mogłaby przysiąc, że zanim drzwi się za nim zamknęły, dostrzegła, jak uśmiecha się kątem pozbawionych warg ust.

****

Musiała przyznać, że przegląd więzienia wypadł całkiem pomyślnie, nawet jeśli miała pewne zastrzeżenia co do ścian obitych kiropodobnym materiałem, wszechobecnego motywu czaszek i lokatora bredzącego o jakichś legendach.
W oknach nie było krat, co zdecydowania uznała za plus. Nawet jeśli zdrowy rozsądek wskazywał metaforyczną łapką wyjątkowo odległą ziemię i chrząkał znacząco za każdym razem, gdy królewna, gładząc złote warkocze, rozglądała się za nożyczkami. Co do sekretnych przejść...

***

Gdy czarnoksiężnik ponownie stanął w progu komnaty, królewna zajęta była akurat przysuwaniem ogromnego lustra w rzeźbionej - w czaszki, a jakże - ramie z powrotem do ściany.
- Nie powiedziałam: "Proszę" - stwierdziła lodowato, patrząc na niego ponad ramieniem swojego odbicia.
- Nie pukałem - mag postawił na stoliku podejrzaną tacę z parującą podejrzanie wazą. Pomieszczenie wypełniło się zapachem rosołu.
- To trucizna?
- Musisz zadawać pytania, na które znasz odpowiedź? - zapytał czarnoksiężnik, pieczołowicie nalewając rosołu - Nawiasem mówiąc, gdybym miał nadmiar budulca, zużyłbym go na budowę lochu, nie sekretnych przejść.
Królewna zerknęła ponad talerzem na odsunięte od ściany lustro, postanawiając, że będzie milczeć wyniośle aż do zjawienia się jej wybawcy.

Wytrzymała dwie minuty.
- Wspominałeś o moim wybawcy... Jego zjawienie się jest pewne?
- Więcej niż pewne.
- A kiedyż to nastąpi?
- Będziemy wiedzieli, kiedy.
Królewna lekko wykrzywiła usteczka.
- Znów ta Legenda? Nie, nie, nie odpowiadaj, wiem, co usłyszę. No cóż, panie czarnoksiężniku... Wolno mi chociaż poznać jego imię, czy może jest to sprzeczne z przyjętymi zasadami?
- On nie ma imienia.
- Nonsens! - prychnęła, z mocą maczając bułeczkę w rosole - A ty, czarnoksiężniku, jesteś paskudnym kłamcą.
- Doprawdy?
- Człowiek prawdomówny przyznałby, że czegoś nie wie, zamiast udawać, że tego, o czym on nie wie, po prostu nie ma.
- Człowiek mający choć odrobinę rozumu już dawno pojąłby, że tutaj pewne rzeczy nie mają znaczenia, więc ich po prostu nie ma. No dobrze, dobrze - rzucił, gdy królewna nabrała gwałtownie powietrza - uznajmy, że imiona mają w tej historii jakiekolwiek znaczenie. Jakże więc cię nazywają, królewno?
Dziewczyna z brzękiem odłożyła łyżkę.
- Nazywają mnie... - zaczęła dumnie - Nazywają mnie... - urwała. Na ułamek sekundy na jej alabastrowym czole pojawiła się lekka zmarszczka.
Rzeczywiście.
Królewno, twój czcigodny ojciec cię wzywa, wołały nianie i damy dworu.
Królewno, twą mądrość przewyższyć może tylko twoja uroda, zachwycał się jej nauczyciel.
Królewno, uczynisz mi ten zaszczyt? kłaniali się wytwornie uczestnicy balów.
Królewno, mówił ojciec, gładząc ją po włosach, z dnia na dzień coraz bardziej przypominasz swoją matkę...
Królewno, Królewno o Złotych Warkoczach...
- Ja...
Czarnoksiężnik milczał, uśmiechając się kątem pozbawionych warg ust.

***

Stała nieruchomo na środku komnaty, smukła, biała i poważna. Zdawało się, że jej oczyma, niczym diamentami, można ciąć szkło - to aż niewiarygodne, że lustro, do którego przemawiała, wciąż jeszcze tkwiło nienaruszone w swojej ramie.
- Posłuchaj mnie, magu - powiedziała do swojego odbicia - Przemyślałam to sobie bardzo głęboko i mówię wprost: to jest... śmieszne. Ja nie mogę nie mieć imienia. Oczywiście, teraz nie mogę go sobie przypomnieć, ale któż może wiedzieć, czego dodajesz mi do jadła? Nie, nie, nie przerywaj mi. Nie wierzę w tę Legendę, o której wciąż mi przypominasz, a jeśli ty rzeczywiście w nią wierzysz, musisz być szaleńcem. Ale będę wspaniałomyślna. Gdy mój ojciec już się tu zjawi, poproszę go, by cię tylko powiesił, szybko, bez zbędnych tortur. Ale - podjęła po chwili milczenia, przechadzając się dostojnie od ściany do ściany - mój ojciec nie posłucha mnie, jeśli nie będę sobie w stanie przypomnieć własnego imienia. Uzna mnie za obłąkaną, pojmujesz? Dlatego dobrze ci radzę, zaprzestań dodawania mi do jadła tego, czego mi dodajesz...
- Czyżby zupa była za słona?
Odwróciła się gwałtownie. Stał tam, z jedną ręką spoczywającą na hebanowej lasce, drugą podtrzymując tacę z jedzeniem i przyglądał się jej z rozbawieniem.
- Podsłuchiwałeś mnie! - krzyknęła, oskarżycielsko wymierzając w niego palec.
Czarnoksiężnik wzruszył ramionami, powoli odstawił tacę.
- Myślę - odezwał się w końcu - że lustro, nawet jeśli jest tak obłąkane, jak twierdzisz, raczej nie będzie miało mi tego za złe. Smacznego.
Królewna spojrzała na połówkę pieczonego kurczaka, gniewnie zacinając wargi.
- Nie będę tego jadła - warknęła, ostentacyjnie odwracając się ku oknu.
- Jak sobie życzysz.
Nawet nie udała zaskoczenia tą nagłą uległością. W końcu była następczynią tronu, czyż nie?

***

Mijały pełne rozpaczy jesienne dni spędzone w zamknięciu i bezgwiezdne, czarne jak atrament noce, które nieszczęsna królewna wypełniała łkaniem harfianych strun i niosącym iskierkę nadziei śpiewem...

***

Następczyni tronu przewróciła się na drugi bok, trąc czoło. Zaczynało ją już boleć od nieustannego marszczenia.
Królewna uznała, że teraz, gdy nie zjadła kolacji - swoją drogą, myślała z lekką satysfakcją, czarnoksiężnik nie próbował nawet tej kolacji przynosić - teraz jej ciało było na pewno wolne od podejrzanych środków. Powinna sobie przypomnieć, jak ją nazywano.
Pomijając, oczywiście, Królewnę o Złotych Warkoczach.
Przewróciła się ponownie, wbijając wzrok w baldachim.
Ojciec... Ojciec nazywał ją... córeczką... Królewną... A jeśli...? Nie, naprawdę, nie powinna brać sobie do serca bełkotu szaleńca... Tylko że...
Była niemal wdzięczna własnemu żołądkowi za to, że, głuchy na argumenty o tajemniczych specyfikach dodawanych do posiłków, przerwał jej rozmyślania donośnym burczeniem. Na chwilę.
Królewna usiadła w pościeli. Najwyraźniej działanie tajemniczych środków było bardziej długotrwałe, niż się spodziewała.
- Do rana - powiedziała głośno, zasiadając do stojącej w plamie księżycowego światła harfie - powinno ustąpić.
Uderzyła w struny, starając się nie myśleć o tym, ile czasu pozostało do rana i ewentualnego śniadania. Ostatecznie, swoje imię, gdy już je sobie przypomni, będzie mogła zapisać, choćby i odłamkiem szkła na własnej skórze... A wtedy już nie będą jej straszne żadne faszerowane tajemniczymi środkami trufle, kurczęta, raki... Ani dziczyzna... Ani winogrona...
Uderzyła ponownie, znacznie głośniej, uniosła oczy ku niebu...

Piętro niżej czarnoksiężnik, przysłuchując się tęsknej melodii, uśmiechnął się do siebie kątem pozbawionych warg ust.

***

Sądząc po odgłosach, królewna nie wiedziała, czy ma śmiać się czy płakać - wybrała więc obie opcje. Histeryczny, regularnie przerywany szlochaniem śmiech słychać było w całej wieży.
Czarnoksiężnik, dokuśtykawszy na miejsce, zastał drzwi królewskiego więzienia otwarte na oścież, za nimi zaś...
- Czemu zawdzięczam tę zmianę repertuaru? - zapytał głośno, stając w progu. Królewna siedziała na podłodze, wciąż w nocnej koszuli, otulona swoimi wspaniałymi, puszystymi włosami, mimo swej wspaniałości wyraźnie domagającymi się uczesania. Spojrzała na maga, nawet nie zadając sobie trudu otarcia płynących po policzkach łez.
- Nawet nie zamknąłeś mnie na klucz - odezwała się piskliwie - Myślałeś sobie: dziewczyna i tak nie wyjdzie, musi siedzieć w wieży... Nawet nie pomyśli, żeby otwierać drzwi... Takie prawo Legendy... Boże! Chyba oszalałam z głodu! Ja... ja zaczynam w to wierzyć!
- Milcz! - nakazała, widząc, że czarnoksiężnik otwiera usta. Zerwała się z podłogi, przypadła do niego, po kociemu wpijając się paznokciami w przód jego szaty.
- Nie pamiętam! Nie pamiętam! - zawyła - Rozumiesz!? Nie mogę sobie przypomnieć, jak mam na imię! A przecież... Mój wybawca... Jak ja mu się pokażę bez imienia...? Milcz, mówię! Słuchaj! Zezwalam ci... Na mocy mojego majestatu zezwalam ci, żebyś nadał mi imię... A ty, czarnoksiężniku... Czy ty masz jakieś imię?
- Nie.
- Nadam ci je... Przecież nie można pokazywać się ludziom bez imienia...
Czarnoksiężnik przyglądał się jej przez chwilę czarnymi, zimnymi jak u gada oczami.
A potem się roześmiał.

***

Od tej pory jadali razem.

***

Złota jesień powoli ustępowała miejsca srebrnej zimie, a królewna wciąż przebywała w swoim więzieniu, czekając na ratunek...

***

Właściwie życie w wieży czarnoksiężnika nie różniło się za bardzo od życia na zamku króla.
Haftowała. Grała na harfie. Śpiewała rzewne piosenki. Czesała swoje piękne, złote włosy. W chwilach nudy sprzeczała się z czarnoksiężnikiem lub tańczyła z wyimaginowanym partnerem.
Nawet nie zauważyła, kiedy przywykła.

***

Skrzący się srebrzyście, puszysty śnieg pokrył ponure równiny wokół siedziby czarnoksiężnika, szyby co wieczór zakwitały mroźnymi kwiatami, a lodowate serce porywacza, jakby na przekór zimie, zaczęło lekko tajać. Czasami pozwalał królewnie opuszczać najwyższą komnatę i spacerować po ponurym zamczysku, cały czas jednak nie spuszczał jej ze swego złego oka, podążał za nią jak cień...

***

Stukot hebanu o kamień, szelest jedwabiu.
Kroki.
- Zaczynam się bać, Czarnoksiężniku... Skąd wziąłeś tyle czaszek?
- Zawsze tu były.
- Ani jednego, małego morderstwa? Maleńkiego eksperymentu na trupie więźniarki? Drobnej ekshumacji?
- ...
- Och, przecież nie możesz być złym czarnoksiężnikiem tylko ze względu na zjawiskową urodę! Zadziw mnie, potworze. Przestrasz. Pokaż jakieś zaklęcie.
- Jedno już widziałaś.
- Pojawienie się i rozpłynięcie w kłębach dymu?
- Nie mów tylko, że cię to nie wystraszyło. Komu jak komu, ale akurat tobie nie uchodzi kłamać.
- Musisz znać więcej niż jedno zaklęcie! W końcu jesteś...
- Dwa.
- Słucham?
- Znam tylko dwa zaklęcia. Jedno przeznaczone dla ciebie, drugie dla twego wybawcy.
- Chyba kpisz!
- Prawo Legendy, Wasza Wysokość.
- Ach, nudny jesteś, Czarnoksiężniku, z tą swoją Legendą... Powiedz mi lepiej, co jest za tymi drzwiami.

***

- I jak mi to wytłumaczysz? - królewna szerokim gestem wskazała pełne ksiąg regały, sięgające od sufitu aż do podłogi. Wbrew temu, czego się spodziewała, w bibliotece panowała wręcz pedantyczna czystość. Ani jednego pyłka, ani jednej pajęczej nici.
- Nie uwierzę, że w tych wszystkich księgach wypisano tylko dwa zaklęcia.
- A któż ci powiedział, że to księgi z zaklęciami?
- A cóż innego mag może posiadać w swoich zbiorach?
Czarnoksiężnik wsparł obie kościste dłonie na lasce.
- Sama zobacz.
Sięgnęła po pierwsze z brzegu, oprawne w czarną skórę tomisko. Zaszeleściły strony.
Dawno, dawno temu, w pięknej, dalekiej krainie sprawował rządy mądry i sprawiedliwy król...
- Historia? - królewna zmarszczyła lekko brwi, sięgając po następną księgę, oprawną w wyblakły, czerwony aksamit.
Chyba jedyną istotą, którą poddani kochali bardziej od swego władcy była jego jedyna córka...
Kolejny tom, o pozłacanym grzbiecie.
... królewna o wspaniałych, sięgających ziemi złotych warkoczach i fiołkowych oczach, głębokich jak jeziora pełne myśli...
- Żartujesz sobie ze mnie, Czarnoksiężniku?
Następny tom.
Toteż gdy pewnego dnia na dworze króla pojawił się w obłokach dymu okrutny czarnoksiężnik...
Kolejny.
- To czar, tak? Iluzja? Próbujesz mnie nastraszyć? Wcale się nie boję!
... gdy porwał królewnę i uwięził w swym ponurym zamczysku...
Kolejny.
... całe królestwo pogrążyło się w żałobie...
- Wcale, rozumiesz? Przejrzałam cię! A teraz rozkazuję ci przestać!
Dawno, dawno temu, w pięknej, dalekiej krainie...
Królewna snuła się błędnie po bibliotece, co i rusz sięgając po nowe księgi, zamykane po przeczytaniu jednego akapitu, odkładane, odrzucane na podłogę...
- Przestań! Rozkazuję ci!

Czarnoksiężnik przyglądał się jej, uśmiechając się kątem pozbawionych warg ust.

***

Nie przeczytała zakończenia, nawet nie patrzyła na ostatnie strony książek.
Bardzo chciała móc powiedzieć, że nadal, z całą stanowczością nie wierzy w całą tę Legendę i jej prawa.
Po raz pierwszy w życiu zaczęła zastanawiać się, dlaczego właściwie powinna być taka prawdomówna.

***

Nadeszła wiosna, błogosławiona wiosna, która musiała zajrzeć swoimi złocistymi promieniami nawet do ponurych komnat czarnoksiężnika...

***

Wrócił jej nawyk częstego wyglądania przez okno, wypatrywania na horyzoncie... czegokolwiek.
Nadszedł dziwny, nie mający żadnych przyczyn niepokój.
Nadzieja nie wracała.

***

- Wyjść na zewnątrz? Ależ proszę - odrzekł czarnoksiężnik z wysokości drabiny, przecierając flanelową ściereczką rzędy tomisk.
Królewna, choć niezbyt chętnie przyznawała się do tego nawet przed sobą, niemalże zadomowiła się w zamku czarnoksiężnika. Już dawno zaczęła swobodnie opuszczać swoje komnaty, zwiedzać twierdzę na własną rękę...
I zauważyć, że w którąkolwiek stronę by nie poszła, zawsze na końcu trafi do swojej wieży. W zamku czarnoksiężnika nie było sposobu na to, by się zgubić.
Może i dziwiłoby ją to przed kilkoma miesiącami.
Mag bardzo powoli zszedł na dół.
- Cóż to - udał zdziwienie - Nie oburzysz się? Nie zapytasz, dlaczego nie powiedziałem ci, że możesz swobodnie wychodzić na zewnątrz, kiedy tylko zechcesz?
Nie odpowiedziała od razu. Podała czarnoksiężnikowi laskę, wyjęła z jego ręki szmatkę, wcisnęła ją niedbale w szparę pomiędzy dwoma tomiskami.
- Po co? - zapytała w końcu - Powiedziałbyś, że nie pytałam.
Czarnoksiężnik uśmiechnął się kątem pozbawionych warg ust.

***

- Proszę - odezwał się, wystawiając swoją przypominającą czaszkę twarz do słońca - Nie oglądasz murów, Królewno? Nie szukasz dróg ucieczki?
Parsknęła.
- Jeśli miałeś nadzieje na zabawne widowisko, niniejszym je rozwiewam. Dobrze wiem, że tu nie ma ukrytych przejść. A brama jest zamknięta.
- Nie jest.
Królewna odwróciła się szybko w jego stronę, uderzając go warkoczami.
- Nie wyszłabym stąd, nawet gdyby była otwarta na oścież, czyż nie? - zapytała - W tym jest, w tym musi być jakiś haczyk.
- Sama zobacz.
- Po co? Przecież oboje wiemy...
- Ot, w ramach ciekawostki.

Przyjrzała się solidnym, żelaznym prętom, przejechała dłonią po murze, w który pręty były wbudowane. Krata. Żadnych zawiasów, żadnych sztab, żadnego zamka. Po prostu krata.
Zamek czarnoksiężnika nie był miejscem, z którego się wychodziło. Był miejscem, z którego uwalniano.
- Wiesz, że wcale mnie to nie dziwi? - odezwała się lekko poirytowanym tonem - W tym zamku jest coś... dziwnego. Nie, nie odzywaj się. Prawa Legendy, psia ich mać. Widzisz? Bohaterowie legend nie przeklinają.
Czarnoksiężnik spojrzał na nią z politowaniem.
- Naprawdę sądzisz - zapytał - że twoje maniery mają tutaj jakiekolwiek znaczenie?
- A co, do diabła, ma tutaj w ogóle znaczenie!? - wybuchnęła - Imiona nie mają znaczenia, zaklęcia nie mają znaczenia, wreszcie mój ojciec nie ma znaczenia... A co ma? Pytam się ciebie! Co tutaj, do cholery, ma znaczenie!?
Czarnoksiężnik wsparł obie kościste dłonie na lasce, spojrzał w błękitne, wiosenne niebo.
- Czas - odrzekł spokojnie - Czas ma tutaj znaczenie. A jest już wiosna.

***

Jakby na przekór przyrodzie, serce czarnoksiężnika ogarnął jeszcze większy, lodowaty mróz. Okrutnik pastwił się nad nieszczęsną królewną bardziej niż kiedykolwiek wcześniej - zapędzał ją do pracy...

***

Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów czarnoksiężnik wydawał się być zbity z tropu.
- Słucham? - odezwał się wreszcie, ostrożnie opierając drabinę o jeden z regałów.
- Nie wchodź - powtórzyła królewna, swoim zwyczajem maskując zakłopotanie władczym tonem i godną miną - Zamierzam... spróbować... trochę posprzątać. - przez chwilę smakowała nowe słowo. - Podaj mi tą ścierkę.
Jeśli mag wcześniej tylko wydawał się być zbity z tropu, teraz z pewnością zbity był.
Zamrugał, powiódł wzrokiem za wspinającą się po drabinie następczynią tronu. Mimo całego absurdu sytuacji dręczyło go przeczucie, że właśnie tak sprawy powinny się toczyć.
Królewna zerknęła na niego z wysokości, spojrzenie jej złagodniało.
- Kulejesz, Czarnoksiężniku.
- Ach, rzeczywiście.
- Po co ten sarkazm? - regularne brwi królewny zbiegły się lekko - Po prostu uważam, że nie powinieneś... Och, dlaczego ja się przed tobą tłumaczę? Mam życzenie trochę posprzątać. Nudzę się.

***

... morzył głodem...

***

Królewna już od dłuższego czasu dźgała mięso widelcem, starając się sprawiać wrażenie pogrążonej w myślach i roztargnionej.
W pewnej chwili uniosła głowę, delikatnie przesunęła półmisek z pieczenią w kierunku czarnoksiężnika.
- Weź, proszę - powiedziała, unikając jego wzroku - Ja... nie jestem głodna.

***

... i, co było chyba najpotworniejsze, niemalże nie dawał królewnie chwili wytchnienia od swej odrażającej osoby, towarzyszył jej jak zły cień, częściej niż zwykle.

***

Zaczęła mu się uważniej przyglądać, sama nie wiedząc czemu.
Patrzyła na jego pergaminowo żółtą cerę i nagle wydał jej się przeraźliwie chorowity, mimo że od początku ich znajomości nie zdarzyło mu się nawet kichnąć.
Śledziła wzrokiem jego chudą, wspartą o lasce postać i nagle wydał jej się przeraźliwie kruchy.
Nie zauważyła w jego garstce włosów nawet śladu siwizny, a mimo to nagle wydał jej się przeraźliwie stary.

Zaczęła towarzyszyć mu częściej niż zwykle, niemalże nie odstępowała go na krok.
- Nie chcę być sama - mówiła.
Nie chciała zostawiać go samego.

***

Może czuł w swoim gadzim sercu, że niedługo spotka go zasłużona kara?

***

- Co ty robisz? - zdumiała się królewna, przestępując próg czarnoksięskiej pracowni.
Czarnoksiężnik nie odpowiedział od razu. Pieczołowicie przetarł trzymaną w ręku czaszkę flanelową ściereczką, położył czerep na szczycie niewielkiego, jakby ustawionego od linijki stosu. Spojrzał krytycznie na stos, po czym, najwyraźniej uznawszy, że efekt go zadowala, odwrócił się ku królewnie.
- Porządki, oczywiście - pokuśtykał w stronę wiekowego kredensu. Zabrzęczało, zachlupotało, gdy zaczął przestawiać znajdujące się tam butelki.
- Nie ma nic bardziej irytującego niż zastanie nieporządku w nowej siedzibie.
- Przeprowadzamy... Przeprowadzasz się? - regularne brwi królewny uniosły się jeszcze wyżej.
- Doskonale wiesz, że nie - odparł, oglądając pod światło zawartość pękatego, zielonego flakonu.
- Że też nigdy nie możesz mówić wprost - prychnęła, przechadzając się wzdłuż ścian pracowni. Ze zdumieniem stwierdziła, że wiszący nad paleniskiem kocioł, w którym zawsze bulgotała jakaś ciecz, obecnie świecił wypolerowaną pustką. Przeważnie zaścielające stół, pokryte okultystycznymi znakami pergaminy spoczywały w ustawionych pod ścianą skrzyniach. Razem z tajemniczymi buteleczkami i szkatułkami, które, odkąd pamiętała, zawsze stały w równych szeregach na każdej wolnej powierzchni.
W pracowni czarnoksiężnika panował porządek typowy dla pomieszczeń opuszczonych przez swoich mieszkańców. Względnie opuszczanych.
- Dlaczego ty nigdy nie mówisz wprost, Czarnoksiężniku? - powtórzyła z rozdrażnieniem, odwracając się w jego stronę.
- Legenda się kończy, Królewno.
- Naprawdę, myślałam, że już ci to przeszło... Przecież wiesz, że...
- Umrę.
- Słucham!? - zapytała ostro.
- Umrę, Królewno - powtórzył ze spokojem, zamykając na klucz drzwiczki kredensu - Czy ta odpowiedź cię zadowala? Jest aby dość jasna?
Była na tyle poruszona, że nawet nie zauważyła kpiny.
- Jesteś chory? Co ci jest?
- Nic mi nie jest. Po prostu twoje uwolnienie to już kwestia dni, Królewno o Złotych Warkoczach. A ty przecież zdajesz sobie z tego sprawę. - uśmiechnął się kątem pozbawionych warg ust - Martwisz się o mnie, pilnujesz... Nie myśl, że nie zauważyłem.
Omiótł uważnym spojrzeniem swoją pracownię.
- Chciałbym wierzyć, że ta pracownia przetrwa nowego rezydenta w jakim takim porządku - westchnął - Cóż, chodźmy stąd.
Królewna spojrzała na niego.
A potem wybuchnęła płaczem.

Ostatnio zdarzało jej się to wcale często.

***

Jeśli tak, to słusznie czuł - w końcu przebrała się miarka łez wylanych przez jego więźniarkę i nadszedł dzień kary.
Oto, poruszony tragicznymi losami królewny, przed bramą zamczyska zjawił się książę. Spod jego złocistego hełmu wymykały się włosy koloru ognia, a w szlachetnej twarzy błyszczały oczy szczere i nieulękłe.
Książę dostrzegł w oknie wieży królewnę i fala gorącego współczucia zalała mu serce. A zaraz za współczuciem podążył bezbrzeżny zachwyt...


***

Wcale nie miała ochoty stać w oknie ani przypatrywać się swemu wybawcy.
Najwyraźniej, myślała, wyciągając ręce w stronę przybysza, najwyraźniej moja ochota nie ma tutaj znaczenia.
- Szlachetny panie! - wołała Legenda ustami królewny - Tum jest!
Odpowiedział jej śpiew.

Piękne twoje oczy
Cóż im zdoła sprostać
Piękne włosów sploty
Piękna cała postać...!


- Zacny rycerzu! - przerwała królewna ustami Legendy - Jakie twe miano?
Na chwilę zapadła cisza.

Od róży czerwieńsza
Od lilii bielsza
Ze wszystkich najpiękniesza
Chwała ci po wieczność!*


Westchnęły obie - Legenda i królewna.

***

Zły czarnoksiężnik już na niego czekał. Gdy tylko książę podjechał na swoim rumaku do bramy, ta eksplodowała, opluwając konia i jego jeźdźca ogniem i żelazem.
Rozgorzała walka.


***

To nie jest uczciwe, myślała królewna, snując się po swojej komnacie. To wcale nie jest uczciwe. Przecież on kuleje. I nie potrafi posługiwać się mieczem. Ba, on nawet nie ma miecza, podczas gdy ten... wybawca... podczas gdy on miał przy sobie miecz prawie tak wielki jak on sam. I jest młody i zdrowy, a Czarnoksiężnik... Gdzie tu sprawiedliwość? Przecież... Właściwie on mi nic złego nie zrobił...
I zna tylko dwa zaklęcia, przypomniała sobie, podchodząc do okna. To nie jest, to wcale nie jest uczciwe.
Najwyraźniej, zacisnęła wargi, obserwując rozbłyski ognia na dziedzińcu, najwyraźniej równe szanse nie mają tutaj znaczenia.
Podobnie jak akustyka.

Mimo wyraźnych oznak walki na dole, w najwyższej wieży panowała niczym niezmącona cisza.

***

Jednak na nic zdały się diabelskie sztuczki czarnoksiężnika - uwalniane z lamp i pierścieni demony nie śmiały zbliżyć się do księcia, wodziły tylko oczami za klingą jego miecza; magiczne ostrze rozdzielało na pół kule ognia, tak, że te omijały wojownika, nie czyniąc mu najmniejszej krzywdy.
I oto książę już stał twarzą w twarz z ciemiężcą królewny...


***

Czarnoksiężnik skłonił się ironicznie.
- Było mi niezmiernie miło - powiedział - A teraz czyńmy swoją powinność.
- Czyńmy - skinął głową książę, dobywając miecza.
Patrzyli na siebie przez chwilę.
- Wiesz, że gdyby to zależało ode mnie...
- Wiem, chłopcze. Wiem.
- Bo, widzisz, nie jestem pewien, czy królewna...
- Przyzwyczaisz się. No, dalejże. Kończmy.


Błysnęła klinga.
Z pozbawionych warg ust spłynęła strużka krwi.

***

Jak cicho, myślała królewna, przemierzając korytarze zamczyska. Po prostu... Po prostu akustyka nie ma tutaj znaczenia.
Zacisnęła mocniej palce na czarze wypełnionej winem.
Przecież nie może już być po wszystkim.

***

A jednak było.
A królewna wiedziała to, jeszcze zanim ogarnęła spojrzeniem zrujnowany hol.
Czara w jej rękach dygotała, gdy ostrożnie przekraczała kałużę krwi, starając się nie patrzeć na otulone czarną peleryną, spoczywające nieopodal ciało.

***

- Cny rycerzu! Mój wybawco! - rzekła królewna, wyciągając ku księciu czarę wypełnioną purpurowym winem - Spełnij, panie, ze mną ten kielich na znak naszej wiecznej miłości...

***

Najwyraźniej to, co znajduje się w pucharze, myślała królewna, patrząc jak książe nie sinieje od trucizny i nie pada na podłogę, najwyraźniej to też nie ma znaczenia dla Legendy... Przecież mogłam się tego spodziewać...

***

Chwilę później dziewczyna łkała w ramionach księcia, płakała długo i gorąco, ze szczęścia, strachu i ulgi...

***

Nie protestowała, gdy wybawca przygarnął ją do swej szerokiej piersi.
- Ty sukinsynu - załkała tylko.

Książę wtulił twarz w jej włosy, uśmiechając się kątem pięknie wykrojonych warg.

***

I żyli długo i szczęśliwie. Koniec.


*Carl Orff, Carmina Burana


Post został pochwalony 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Autor Wiadomość
KatarzynaEv
Analizator
Analizator



Dołączył: 22 Gru 2008
Posty: 477
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 7 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: z Kont.
Płeć: ona


PostWysłany: Pon 20:15, 18 Maj 2009    Temat postu: Re: O królewnie i złym czarnoksiężniku (antybaśń)

Serpentis Sempre napisał:


Chwilę później dziewczyna łkała w ramionach księcia, płakała długo i gorąco, ze szczęścia, strachu i ulgi...

***

Nie protestowała, gdy wybawca przygarnął ją do swej szerokiej piersi.
- Ty sukinsynu - załkała tylko.

Książę wtulił twarz w jej włosy, uśmiechając się kątem pięknie wykrojonych warg.

***

I żyli długo i szczęśliwie. Koniec.


Łaaał... Końcówka jest cudowna. To wszysko jest cudowne. Ja też tak chcę umieć. A wychodzą mi tylko łzawe dramaty.
Wątek z Legendą każe mi szukać inspiracji u Terry'ego P. Mylę się?

I na koniec znowuż plebejskie/małomiastowe 'łaaaał' :D


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Autor Wiadomość
Gilraina




Dołączył: 21 Gru 2008
Posty: 110
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wioska Pisaków
Płeć: ona


PostWysłany: Pon 20:24, 18 Maj 2009    Temat postu:

Cytat:
Najwyraźniej to, co znajduje się w pucharze, myślała królewna, patrząc jak książe nie sinieje od trucizny i nie pada na podłogę, najwyraźniej to też nie ma znaczenia dla Legendy...

Tu mi coś zgrzyta... To drugie "najwyraźniej to" jest chyba niepotrzebne.
Ale to taki drobny, ledwo zauważalny zgrzyt, poza tym podpisuję się wszystkimi kończynami pod postem KatEv ^^


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Autor Wiadomość
kura z biura




Dołączył: 05 Maj 2009
Posty: 106
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: ona


PostWysłany: Pon 20:37, 18 Maj 2009    Temat postu:

Oł maj gad. Piękne.
Tylko wywaliłabym tak z połowę tych wzmianek o pozbawionych warg ustach. Powtarzane zbyt często, stają się monotonne.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Autor Wiadomość
Ins




Dołączył: 28 Gru 2008
Posty: 169
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: M-ce
Płeć: ona


PostWysłany: Pon 20:39, 18 Maj 2009    Temat postu:

....
*bije pokłony*.
Kuro, mi to nie przeszkadzało absolutnie. Taki... efekt Sapkowskiego.
Zapiszę sobie to opowiadanie na pendrive i będę czytać na informatyce jeszcze raz.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Ins dnia Pon 20:44, 18 Maj 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Autor Wiadomość
kura z biura




Dołączył: 05 Maj 2009
Posty: 106
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 2 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: ona


PostWysłany: Pon 22:55, 18 Maj 2009    Temat postu:

Faktycznie, efekt Sapkowskiego. Ale u niego takie wzmianki były jednak rozdzielone większą ilością tekstu. A tu, że sam tekst krótki, to wychodzi gęsto.

Bohaterowie ubezwłasnowolnieni przez legendę - miodzio i jeszcze raz miodzio.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu    Forum www.analizatorium.fora.pl Strona Główna -> Kącik twórczości własnej Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group.
Theme Designed By ArthurStyle
Regulamin